17 grudnia 2020

„Król Lear” , William Shakespeare

     To już moje kolejne spotkanie z Shakespeare’m i ostatnie serii tragedia. Przynajmniej na ten moment tak myślę, ponieważ „Król Lear” jest ostatnim dramatem w tym wydaniu, które ja mam. Teraz poluje na komedie z tego samego wydawnictwa, żeby pasowały mi do kompletu.

Tytuł i autor: „Król Lear” , William Shakespeare

Gatunek: tragedia

Ilość stron: 174

Data: 30.11. - 10.12.2020 r.

ISBN 978-83-08-06203-6

Wydawnictwo: Literackie

Moja ocena: 8 gwiazdek.

(Okej, nie wiem, co się stało z jakością tego zdjęcia ;(()

          „Król Lear” jest oparty na legendzie o Llyrze, mitycznym królu Brytanii, który mając trzy córki podejmuje szczególną decyzję co do tego, jak podzielić między nie posiadany majątek. Sposób, który wybiera oraz decyzja, jaką podejmuje, są dowodem, że sędziwość i mądrość niekoniecznie idą w parze. William jak zawsze buduje bardzo ciekawy portret psychologiczny głównego bohatera, ale nie zapomina przy tym o innych. Często wskazuje przy tym wady społeczeństwa, dosyć niepokojące jest to, że prawdy, które autor tworzy są uniwersale i nadal aktualne.

          Przyznam, że za bardzo nie wiem jak ugryźć tę recenzję, ponieważ boję się, że cokolwiek napiszę zdradzę za dużo treści. Możliwe, że niestety będą tu tylko same fakty. Nie przepadam za pisaniem w ten sposób, ale co mogę zrobić jak nie mam jak podać przykładów.

Mniej więcej do połowy książki podobały mi się wszystkie zabiegi, które Shakespeare wprodzał, jednak potem nabrałam wrażenia, że im było bliżej końca tym było gorzej. Każde kolejne sceny były coraz nudniejsze. Ostatni akt czytałam tylko, żeby poznać zakończenie, które w dodatku mnie rozczarowało. Niby wiem, że Shakespeare ma tendencje do kończenia sowich tragedii (w sumie sama nazwa na to wskazuje…) w jeden konkretny sposób, ale oczekiwałam czegoś innego.

          Moim ulubionych bohaterem, był błazen. Jego teksty były idealnie wymierzone w dumę króla. To w jaki sposób te uwagi i odpowiedzi były tworzone pokazywało kto tak naprawdę jest błaznem w tych dialogach.

          Ogólnie każda kolejna przestrzeń, która jest tworzona przez

Williama jest do siebie bardzo podobna. Zdaję sobie, że treść zazwyczaj dzieje się gdzieś w ponurej Szkocji (nie mówię o „Romeo i Julii”), ale oczywiście musi też być wielki zamek, deszczowa pogoda i burza w środku nocy. Tym bardziej mam teraz ogromną ochotę przeczytać jakąkolwiek komedię, żeby zobaczyć ich strukturę.

          Podsumowując, pokładałam w tym dziele o wiele większe nadzieję i po przeczytaniu zrozumiałam dlaczego nie jest o nim tak głośno jak o pozostałych. Mimo to jeśli ktoś lubi twórczość Shakespeare’a i nie ma co czytać, to może sięgnąć.

Początek: 5 gwiazdek

Fabuła: 4,5 gwiazdki

Koniec: 3 gwiazdki

 

Świat przedstawiony: 3,75 gwiazdek

Bohaterowie (wykreowanie):

główni: 4,5 gwiazdki

dalsi: 4 gwiazdki

Bohaterowie (przywiązanie):

główni: 3 gwiazdki

dalsi: 3,5 gwiazdki

 

Język: 4 gwiazdki

Sposób pisania: 5 gwiazdek

 

Końcowy wynik: 8 gwiazdek

13 grudnia 2020

"Kwiaty na poddaszu", wizualnie

          Ostatnio zamiast, tak jak zwykle, pisać o okładce akurat zrecenzowanej książki zaprosiłam Was na post z kategorii inne. Najprawdopodobniej tak to teraz będzie wyglądać (recenzja-inne-okładka). Wiem, że tak jak zawsze, zamiast przejść od razu do sedna, piszę swoje przemyślenia. Jednak jest to miejsce gdzie mogę wyrażać siebie, ale też tworzymy je razem i zależy mi na tym, żebyście wiedzieli co mi siedzi w głowie. Dlatego zawsze cieszą mnie komentarze z Waszą opinią.

          Dla przypomnienia, tydzień temu pojawiła się recenzja „Kwiatów na poddaszu”. Pierwsze spojrzenie na okładkę wywołało u mnie raczej nieprzyjemne emocje. Jakoś tanio wyglądała mi ta okładka. Chociaż już po przeczytaniu mój stosunek zmienił się przynajmniej trochę. Na pewno zrozumiałam zamysł tego wielkiego domu i jest to chyba największy atut tej okładki. Ten mrok potęguje uczucie tajemnicy skrywanej przed dziećmi z poddasza. Również odcienie fioletu symbolicznie nawiązują do sekretów.

          Bardzo dawno nie czytałam książki, która ma tytuły rozdziałów, na myśl przychodzą mi tylko te dla dzieci. Ogólnie fonty czcionki są nawet takie same w tytule, takiego dopasowania dawno nie widziałam.

          To co mnie najbardziej zastanawia to mały, dziwny rozmiar wydania. Nie jest ono ani kieszonkowe, ani pełnowymiarowe. Co niestety bardzo rzuca się w oczy gdy książka stoi na półce obok innych pozycji.

Przód okładki: 5 gwiazdek

Tył okładki: 4,5 gwiazdki


Dopasowanie tekstu: 5 gwiazdek

Ilustracje wewnątrz: brak

 

Całokształt: 3,5 gwiazdki

Suma: 4 gwiazdki

06 grudnia 2020

"Kwiaty na poddaszu", Virginia C. Andrews

          Ostatnio oprócz recenzji starałam się też poruszać istotne tematy na przykładzie z książki. W „Kwiatach na poddaszu” Virginii C. Andrews na pewno też powinnam znaleźć taki motyw, ale trochę nie mam ochoty na taki wpis, dlatego zostanę tylko przy ocenie. Oczywiście będę się starać wprowadzać też tą pogadankową część, bo zauważyłam, że przypadła Wam do gustu.

Tytuł i autor: „Kwiaty na poddaszu” Virginia C. Andrews

Gatunek: powieść

Ilość stron: 438

Data: 27. – 29.11.2020 r.

ISBN 978-83-8169-037-9

Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Moja ocena: 7,75 gwiazdki.

"Kwiaty na poddaszu" to pierwsza część sagi rodziny Dollangangerów. Ta część opowiada o rodzeństwu zamkniętym na poddaszu wielkiego domu okrutnej i przesądnej babki. Chowają się tam na życzenie matki, która regularnie zapewnia ich, że izolacja potrwa tylko trochę. Rodzina robi to, żeby znów odziedziczyć wielką fortunę. Jednak gdy trudne do zniesienia dni zmieniają się w niekończące się miesiące i lata, Cathy, Chris, Cory i Carrie uświadamiają sobie, że zagracony świat poddasza może być jedynym, w jakim przyjdzie im żyć.
          Autorka z jednej strony ułatwia sobie zadanie tworząc świat na takiej małej przestrzeni, jednak przez to mógł stać się nudny i monotonny. Na szczęście Pani Andrews jakby to przewidywała nadrabiając przygodami i świętami jakie wymyślają Cathy i Chris na poddaszu. Co więcej są też sceny opisujące część z pozostałych pokoi z rezydencji. Właśnie te wydarzenia czynią tę historię niepowtarzalną. Uwagę też przyciągają problemy jakie są poruszane. Główną osią jest znęcanie się psychiczne i fizyczne babki na całej rodzinie Dollangangerów. Z czasem jednak okazuje się, że matka też kryje swoje tajemnice, które doprowadzają do zguby dzieci. Istotny jest fakt, że autorka zwraca uwagę na problem przejmowania cech z pokolenia na pokolenie i samolubność ludzi. To jak pieniądz rządzi światem i jak chęć posiadania majątku może źle wpłynąć na uczucia. Jednak Virginia C. Aderws w moich oczach zaplusowała najbardziej pisząc o pewnych problemach długiej izolacji. Nie byłam pewna czy autorka posunie się tak daleko opisując relację starszego rodzeństwa, ale nie zawiodłam się.

          Oczywiście nie mogło się obejść bez minusów. Pierwsze co mi się rzuciło w oczy, to bardzo charakterystykowy opis postaci. Czytając, np. o matce czułam się jakbym czytała opis jakiegoś bohatera literackiego z wypracowania szkolnego. Moim zdaniem o wiele bardziej naturalnie jest gdy cechy bohaterów są wprowadzane powoli i nie wszystkie na raz. Co więcej bliźnięta były bardzo płaskie. Właściwe nic o nich nie wiemy i w cale się nie zmieniaj na przestrzeni tych paru lat. Na koniec jedyne do czego mogę się przyczepić, jako marudzenie i czyste czepialstwo, to imiona dzieci. Wszystkie zaczynają się na „C” i są bardzo podobne. Gdyby nie to, że przygotowywałam się do pisanie, to nie wiedziałabym już jak maja a imię. Chociaż wydaje mi się, że te imiona to jest specjalny zabieg pokazujący tradycje rodową.

Początek: 5 gwiazdek

Fabuła: 4,5 gwiazdki

Koniec: 5 gwiazdek

 

Świat przedstawiony: 4,5 gwiazdek

Bohaterowie (wykreowanie):

główni: 4,5 gwiazdek

dalsi: 3,5 gwiazdki

Bohaterowie (przywiązanie):

główni: 4 gwiazdki

dalsi: 3 gwiazdki

 

Język: 4,75 gwiazdki

Sposób pisania: 4,5 gwiazdki

 

Końcowy wynik: 7,75 gwiazdki

29 listopada 2020

Nominacje do Złotych Srok 2020

          Kiedyś, chyba jeszcze nawet przed wakacjami, wspominałam o pewnych planach, które wtedy trzymałam przed Wami w tajemnicy. Tak się cieszę, że w końcu mogę się z Wami tym podzielić. Wymyśliłam sobie, że w tym roku zrobię swoją galę Oscarów, ale będą to Złote Sroki ;-)). Wiem, wiem, jest dopiero listopad, ale chciałam Wam przedstawić też nominację do każdej kategorii. Zachęcając Was w ten sposób do „zabawy” ze mną. Jeśli czytaliście poniższe pozycje możecie napisywać w komentarzach, która Waszym zdaniem powinna wygrać. Od razu powiem też, że w drugiej połowie na moim Instagramie postaram się zrobić głosowanie, oczywiście z tymi samymi tytułami, chyba, że przybędzie ich też więcej. Muszę tylko do tego czasu rozkminić, jak zrobić tak, żeby na pewno zobaczyć, która książka wygrywa :-)).

          Tak jak w dziedzinie filmowej jest wiele kategorii, tak też u mnie będzie ich kilka. Jeszcze za nim przedstawię te, które wybrałam powinnam też wspomnieć, że przeprowadziłam już wstępną selekcję. Niestety okazuję się, że nie czytałam bardzo dużo książek, które by mi zapadły aż tak bardzo w pamięć, ale przynajmniej będzie o wiele łatwiej wybierać w grudniu :-)).

Najlepsza książka:

Jedyne co może się pojawić w takiej kategorii, to dwa światowe klasyki :-)). Jak dla mnie Szekspir jest mistrzem, porusza ważne problemy i tworzy portrety psychologiczne bohaterów. No po prostu majstersztyk, a w szczególności „Macbeth”. To jest po prostu cudo, o którym mogę mówić godzinami i rozpatrywać go pod każdymi możliwymi kątem.

Kolejnym wielki autorem jest Bułhakow i jego dzieło życia. To co dzieje się w „Mistrzu i Małgorzacie” to jest istna magia. Przyznam szczerze, że wątki z Piłatem trochę mnie wymęczyły, ale rozumiem ich istotę, więc i tak jestem pełna podziwu.

Najlepsza bohater/ka pierwszoplanowa:

W pierwszej chwili po przeczytaniu tej kategorii, pomyślałam o Jo z „Małych Kobietek”. (Moja przyjaciółka pewnie nie podziela mojego zdania :-)).)Potem sobie zdałam sprawę, że w najnowszym filmie na pewno jest główną bohaterką, a w książce nie koniecznie. Jednak i tak nominuję ją
z pozostałymi Małymi Kobietkami – każda z nich jest unikatowa i niepowtarzalna.

Drugim bohaterem też będzie postać, którą trudno określić jako grającą główne skrzypce. Jednak założeniem autorki pisząc „Króla z bliznami” było poświęcenie jej przezabawnemu Nikołajowi. Po prostu kocham tego bohaterka, nie dość, że jego żarty są zabawne, to jeszcze gdy sytuacja tego wymaga staje się na swój sposób poważny, a i tak zawsze musi coś „zepsuć”.

Najlepsza bohater/ka drugoplanowa:

Dwie bliskie osoby Alexowi z „Red White & Royal Blue” - June i Nora. Zawsze go wspierały i zachęcały do spotykania się wbrew protokołu z księciem Henrym. Po prostu były jego dobrymi przyjaciółkami, które chyba każdy z nas chciałby mieć.

Kolejna przyjaciółka głównej bohaterki, której można pozazdrościć, to Sagez „Geekerelli”. To jaki ta dziewczyna ma styl i gadane jest boskie. Tak naprawdę gdyby nie ona, to Elle wiele by straciła. No i jest to autorska postać w tym retellingu.

Najlepsza książka nieanglojęzycznego pisarza:

Jestem dumna z siebie i w sumie z pisarza też, bo udało mi się tu nominować Polaka, Pawła Sołtysa i jego magiczne „Mikrotyki”. Jest to książka zupełnie inna niż wszystkie, które do tej pory czytałam. Skłoniła mnie do wielu refleksji. Znalazłam w niej parę takich myśli i cytatów, które wzięłam sobie do serca. Jak zawsze więcej o pozycji, którą recenzowałam możecie znaleźć pod linkiem, który znajduje się pod tytułem ;-).

„Ukochane równanie profesora” Yoko Ogawy skłoniło mnie do wielu łez. Była to też książka „połknięta” prze ze mnie w jeden dzień, co chyba dowodzi, że zasługuje na miejsce w tym rankingu.

Najlepsze miejsce akcji (najlepiej wykreowany świat):

Powinnam tu wspomnieć o „Naszym ostatnim dniu” Adama Silvery. Dystopijna rzeczywistość, która może nawet w jakichś dziwnych okolicznościach będzie nas czekać zasługuje na nagrodę. To co moim zdaniem jest najistotniejsze, to fakt, że autor skorzystał z dostępowego już świata, ale przerobił go na swoje potrzeby.

„Król z bliznami” Leigh Bardugo jest już kolejną książko z całego Uniwersum. W tym roku przeczytałam je całe, więc raczej powinnam wspomnieć tutaj o książce, która wprowadza nas w ten świat. Jednak ten tytuł jest akurat moją ulubioną częścią z tego świata. Autorka oprócz wykreowania miejsca akcji, wymyśla też różne specjalizacje bohaterów, tworzy całą hierarchię i pojawiają się pojedyncze zdania w wymyślonym języku.

Najlepszy styl pisania:

Cóż na dzisiaj mogę dać tutaj tylko „Rękę na ścianie” Maureen Johanson. To w jaki sposób akcja książki została poprowadzona jest niesamowite. Czytając to miałam łzy w oczach. Nie umiem nawet powiedzieć czym one były wywołane. Niemal każdy szczegół był tak dopracowany, że mogłam sobie każdą sytuacje wyobrazić. Mam wrażenie, że za mało mówię o tej książce, a jest to cała trylogia. Postaram się kiedyś poświęcić jej trochę więcej czasu. Teraz też nie chcę się tutaj rozpisywać, bo nie ma to miejsca. Musicie mi po prostu uwierzyć na słowo.

Najlepsza komedia/romans/komedia romantyczna (wiem, że to są różne gatunki ;-)):

Oczywiście nie mogło tu zabraknąć „Współlokatorów”. Co tu więcej pisać, jest to po prostu przeurocza, trochę zabawna i momentami poruszająca ważne kwestie historia. Nie jest ani trochę przesłodzona.

Już ostatnią książką w tym zestawieniu będzie „Geekerella” po raz drugi. Może nie jest to tak dokładnie romans, ale musiałam ją tutaj dodać. W końcu głównym wątkiem jest historia miłosna.

          Jestem ciekawa jak wyglądał Wasz rok, ale na takie podsumowania będę czekać już bliżej końca 2020 r. Na koniec przypominam jeszcze tylko
o komentowaniu tego posta. Chciałabym, żebyście byli częścią tego bloga,
a skoro teraz się nadarzyła okazja do wyboru najlepszych książek, to warto.

12 listopada 2020

"Nasz ostatni dzień", wizualnie

          To co, po recenzji „Naszego ostatniego dnia” zabieram się za ocenę wizualną. Czy jest to ładna książka? Z pewnością, bardzo nawiązuje do fabuły. Jednak, czy jest najładniejszą okładką jaką widziałam? Noo, raczej nie.

          Po pierwsze na plus są kolory przewodnie. Bardzo lubię niebieski, ale tutaj też pasuje on do skojarzenia, które przychodzi nam po przeczytania tytułu. Jednak i tak to co uważam za największą zaletę, to poruszające cytaty przy każdej kolejnej części powieści oraz powtarzający się motyw miasta. Co więcej czytanie i wczuwanie się w dramatyczne zdarzanie ułatwiał zapis godziny nowym rozdziale.

          To co mnie się nie podoba, to biała plama, przypominająca zamieć śnieżną :-)), wychodząca nagle z chodnika z tytułu. Oprócz tego, oczywiście coś na co zwróciłabym uwagę tylko ja :-I, czyli ciemniejszy kolor skrzydełek, niż całej okładki.

Przód okładki: 4,5 gwiazdki

Tył okładki: 4,25 gwiazdki

 

Dopasowanie tekstu: 3,75 gwiazdki

Ilustracje wewnątrz: 5 gwiazdek

 

Całokształt: 4 gwiazdki

Suma: 4,25 gwiazdki

09 listopada 2020

Pozytywne memento mori w "Naszym ostatnim dniu" Adama Silvery

          Ilu z nas żyje na co dzień nie myśląc o swojej śmierci? Moim zdaniem większość. A ilu tak naprawdę korzysta ze swojego życia? Pewnie pomyśleliście, że też większość. Ale czy na pewno każdy dzień jest przez nas wykorzystywany? Czy nigdy nie zdarzyło się Wam żałować, że czegoś nie zrobiliście? A może odkładacie coś cały na później? Nie jestem tutaj, żeby Was osądzać, ani potępiać. Sama też nie jestem święta i na pewno nie raz tak zrobiłam. Jednak po przeczytaniu „Nasz ostatni dzień” Adama Silvery naszło mnie parę refleksji.

Tytuł i autor: „Nasz ostatni dzień", Adam Silvera

Gatunek: młodzieżówka

Ilość stron: 403

Data: 28. - 30.10. 2020 r.

ISBN 978-83-7976-115-9

Wydawnictwo: We need YA

Moja ocena: 7,5 gwiazdki.

          Może zanim przejdę do konkretów, to pokrótce napiszę o czym jest ta książka, żebyście mieli pewien obraz o czym będę pisać. Autor w 403 stronach przedstawia Ostatni Dzień dwójki nastolatków, od samego telefonu herolda z Prognozy Śmierci aż po zgon. Oprócz tej dwójki pojawia się też wątek innych bliskich lub zupełnie obcych im ludzi przeżywających ten sam dzień.

          Myślą, która cały czas kłębiła mi się w głowie podczas czytania, była refleksja na temat długości naszego życia. Tak naprawdę nikt z nas nie wie ile mamy czasu. Dlatego nie warto tracić czasu na ograniczanie się, tylko zacząć czerpać z życia garściami. Powinniśmy robić to na co mamy ochotę, wygłupiać się, wyrażać siebie i nie dbać o to co pomyślą inni. Aby, jak dożyjemy podeszłego wieku, nie żałować, że nic nie zrobiliśmy. Tylko wspominać jakie mieliśmy przygody i co osiągnęliśmy.

          Również, już po lekturze przypominałam sobie średniowieczny motyw memento mori (łac. pamiętaj o śmierci). Poświęciłam temu spostrzeżeniu chwilę, bo nie jest on tutaj dokładnie odwzorowany, a bardzo chciałam znaleźć coś co będzie pasować do tej książki. Mam jednak wrażenie, że nie ma czegoś takiego. Ponieważ nie mówi ona w negatywy sposób o śmierci, w takim sensie, że na każdym kroku mamy myśleć, że umrzemy, tylko raczej na odwrót (?). Ta powieść przestrzega nas tylko przed bezpieczną strefą komfortu. Po rozmyślaniach na ten temat doszłam do wniosku, że jest to po prostu pozytywne memento mori. Owszem przypomniało nam ono o śmierci, ale mówi, że mamy korzystać z tego co mamy tu i teraz. Mamy się nie bać żyć pełnią życia.

          Dla równowagi, żebym nie wyszła na jakiegoś coacha i motywatora, napiszę, że jeśli czujecie, że potrzebujecie przerwy, to też jest okej. Trzeba dbać o siebie i spokój ducha. Po sobie wiem, że nie warto brać wszystkiego na siebie i skupiać się na każdej dziedzinie w 100%. Jest to zbyt męczące i na dłuższą metę wyniszczające. Warto się skupić na jednej rzeczy, na której nam zależy najbardziej, a resztę dobierać sobie względem siły. Nie jest to łatwe, sama dopiero się tego uczę, ale trzymam za nas kciuki!!

          Przechodząc do sekcji recenzenckiej chciałam się skupić właściwie na dwóch aspektach. Trzeci, jeśli mi się nie uda poruszyć bez wyjawiania fabuły, pojawi się po wcześniejszym ostrzeżeniu o spojlerach.  

Skoro cały czas mówię o plusach, to już skończę ten temat poruszając kwestie stworzonego świata. Adam Silvera przedstawia wizję niejako dystopijnego Nowego Jorku, w którym istnieje wiana tajemnicą Prognoza Śmierci – z której z informacją o rychłej śmierci w ciągu 24h dzwonią heroldzi, aplikacja Ostatni Przyjaciel – gdzie można spotkać kogoś z kim spędzimy nasze ostatnie chwile oraz wiele zniżek i benefitów z bycia tzw. Zgonersem, czyli osobą już praktycznie nieżywą. Właśnie dzięki tej aplikacji główni bohaterowie się poznają i ich znajomość się zawiązuje. Jak widać autor wymyślił sobie cały enigmatyczny świat pełen ciekawych pojęć, w którym dzięki dostaniu informacji o śmierci teoretycznie możemy spędzić ten dzień jak najbardziej rozrywkowo.

          Powiem szczerze, w pewnym momencie styl pisania doprowadzał mnie do szału. Często pojawiała się formułka „Nikt z Prognozy Śmierci” nie zadzwonił do … tej nocy, by poinformować o rychłej śmierci.” Oprócz tego pojawiało się też parę bohaterów, którzy umierali tylko, żeby przypomnieć jak działa ten świat. Są i tacy, których śmierć była potrzebna. Pisząc o krecie życia przypominałam sobie jeszcze, że mimo ogromnego smutku i płaczu zawiodłam się zakończeniem. W trakcie książki pojawił się pewien potencjał, ale z powodu tego co uważam za największy minus został on zaprzepaszczony.

!SPOJLER!

          Czemu zawsze książki młodzieżowe muszą mieć wątek LGBTQ+? Nawet jeśli między bohaterami nie ma chemii, muszą być razem. Rufus i Mateo byli takim świetnym przykładem dobrych przyjaciół, a zrodziła się między nimi miłość tylko dlatego, że byli bi. Adam Silvera z pewnością przygotowywał nas na końcową miłość między nimi. Mimo to jakoś tego nie czułam i wydawało mi się to bardzo sztuczne i usilnie wprowadzone.

Początek: 5 gwiazdek

Fabuła: 5 gwiazdek

Koniec: 3,75 gwiazdki

 

Świat przedstawiony: 5 gwiazdek

Bohaterowie (wykreowanie):

główni: 5 gwiazdek

dalsi: 3,5 gwiazdki

Bohaterowie (przywiązanie):

główni: 5 gwiazdek

dalsi: 2,5 gwiazdki

 

Język: 5 gwiazdek

Sposób pisania: 3,5 gwiazdek

 

Końcowy wynik: 7,5 gwiazdek

07 listopada 2020

"Geekerella", wizualnie

          Jednym z głównych powodów, dla których kupiłam „Geekerellę” jest okładka. Niby nie ma na niej nic szczególnego, a jednak cieszy oko.

          To co zdecydowanie jest najlepsze w tej książce, to przedstawienie głównych bohaterów na okładce i skrzydełkach. Zazwyczaj jestem przeciwna takim zabiegom i zniechęcają mnie one do zakupu tomy. Wydawcy często decydują się na wykorzystanie zdjęcia z bazy fotografii, które zwykle ma się nijak do treści, czy samych bohaterów. Jednak w tym przypadku grafik miał wielkie pole do popisu. Na tym wydaniu widzimy tylko cechy charakterystyczne postaci. Przez to, że nie mają rysów twarzy, tylko sam owal nasza wyobraźnia może pracować. Wiem co sobie pomyślicie – przecież, to musi być odrażające, a jednak nie tutaj. Przez to, że wszystkie linie są jakby miękkie i zaokrąglone, to wszystko wygląda bardzo naturalnie.

          Oczywiście pojawiają się też elementy błyszczące, które każda Sroka lubi. Oprócz tytułu, są też wypukłe drobiny brokatu a gwiazdkach i sukience. To, że nic się z nimi nie stało dowodzi dokładności pracy wydawnictwa.

          Z minusów jest wielkie czarno-białe zdjęcie Sage i Elle. Kompletnie zabiera ono lekkość i wydaje mi się zbędne. Co więcej, imię narratora rozdziału zawsze na początku jest brane w ramkę zrobioną z czarnych gwiazdek. To jest raczej kwestia gustu, ale mi się to po prostu nie podobało i nie uznałaby tego za element urozmaicenia. Kolejnym punktem jest miejsce liczby strony. Znowu, to jest raczej przyzwyczajenie, że patrzę w dół, ale z jakiegoś powodu mnie to drażniło. Chociaż, nie jestem pewna, możecie mnie poprawić w komentarzu, chyba wydawnictwo We need YA zawsze umieszcza w tym miejscu liczby. Jeśli tak, to szacunek za innowację :-)) i dopilnowanie szczegółów.

Przód okładki: 5 gwiazdek

Tył okładki: 5 gwiazdek

 

Dopasowanie tekstu: 4,5 gwiazdki

Ilustracje wewnątrz: 4 gwiazdki

 

Całokształt: 4,5 gwiazdki

Suma: 4,75 gwiazdki