27 września 2020

"Ballada ptaków i węży", wizualnie

W ostatnim tygodniu nie miałam czasu napisać oceny, dlatego dzisiaj nadrabiam i przychodzę z opinią nt. okładki „Ballady ptaków i węży”. Nie powiem, nie jest to najlepiej wydana książka jaką w ręku miałam.

Pierwszą wadą jest bardzo twardy grzbiet i waga książki. Trudo jest go zachować we względnie niezniszczonym stanie. Jeśli tak jak ja uwielbiacie, żeby wasze książki były w nieskazitelny, to tu raczej tak nie będzie. Bardzo łatwo złamać bok, a u dołu folia chroniąca rysunek trochę się zadziera.

Kolejnym minusem są białe strony, które są przeze mnie tak znienawidzone. Zdaję sobie sprawę, że są to tylko, według większości, nieistotne szczegóły, ale jak już pisać, to wszystko.

Jednak, na szczęście sama ilustracja i kolorystyka prezentuje się całkiem ładnie. Jak zawsze w tej serii musiał pojawić się w jakiejś formie kosogłos. Tym razem wraz z tytułowym wężem siedzą na gałęzi wygiętej w koło. Jest ono przewodnim kształtem książek Suzanne Collins. Tym razem tło jest zielone, kontrastuje ono z żółcią i srebrem.

Jak zawsze opis jest na skrzydełku, a z tyłu jest tylko chwytliwe hasło. Powiem Wam, że mimo wszystko wolę tradycyjną wersję, ale to pewnie kwestia przyzwyczajenia.

W niektórych miejscach można zauważyć małe listki bluszczu, które zdecydowanie dowodzą dokładności ilustratora.

Przód okładki: 4,5 gwiazdki

Tył okładki: 3,5 gwiazdki

 

Dopasowanie tekstu: 5 gwiazdek

Ilustracje wewnątrz: 4,5 gwiazdki

 

Całokształt: 3 gwiazdki

Suma: 4 gwiazdki

13 września 2020

„Balladę ptaków i węży”, Suzanne Collins

          Jeszcze pod koniec sierpnia zaczęłam czytać „Balladę ptaków i węży”, Suzanne Collins. Jest to prequel kultowej już trylogii „Igrzyska Śmierci”. Od razu muszę zaznaczyć, że pierwotne dzieło autorki jeszcze przede mną, dlatego z pewnością nie będę wstanie wypowiedzieć się, czy ta pozycja była potrzebna i jak wygląda na tle pozostałych książek.

Tytuł i autor: „Balladę ptaków i węży”, Suzanne Collins

Gatunek: dystopia

Ilość stron: 540

Data: 28.08 – 11.09.2020 r.

ISBN 978-83-8008-758-3

Wydawnictwo: Media Rodzina

Moja ocena: 7,5 gwiazdki.

„Ballada ptaków i węży” opowiada o przeszłości 18-letniego Coriolanusa Snowa, który w kolejnych częściach staje się tyranem Panem. Z kolei w tej mentorami, czyli opiekunami trybutów, dzieci z Dystryktów, które zostaną posłane na Głodowe Igrzyska, zostają uczniowie z Kapitońskiej szkoły. Tak właśnie dzieję się z Coriolanusem, wciela się on w rolę mentora przy organizacji 10. edycji Głodowych Igrzysk. Od przypisanej mu Lucy Gray Bird z najbiedniejszego ze wszystkich dwunastu Dystryktu, zależą dalsze losy kariery młodego Snowa.

Ta książka ukazuje nam przemianę dobrodusznego adepta do Akademii w bezdusznego potwora, którego lepiej poznamy w trylogii. Wiem, że temu miała służyć ta część, poznaniu motywacji do przyszłego okrucieństwa chłopaka. Jednak dla mnie ta zmiana była zbyt nagła, przez większość książki bohater był dobrotliwy, butował się przeciwko profesorom i dziekanowi. Dopiero pod koniec, z nie do końca określnych powodów, staje się „tym złym”. Mimo to sama postać była ciekawie przedstawiana w każdej fazie rozwoju. Często oprócz charakteru i zachowania poznajemy też jego strój, o który dba jego kuzynka Tigris. Chłopak mieszka z nią i swoją Babką, zwaną Paniąbabką, w wielkim wyniszczałym penthausie. Postać tych dwóch kobiet jest raczej znikoma, mimo to obie poznajemy w wystarczający sposób. Znamy ich dawne życia, marzenia i pewne cechy.

Reszcie bohaterów, takich jak pozostali mentorzy, zostało poświęcone tylko parę stron, jednak to mi odpowiada, książka już jest wystarczająco gruba. Naprawdę Suzanne Collins stworzyła 540-stroicowe dzieło, któremu i tak czegoś brakuje. Trudno jednoznacznie wskazać co to jest, na pewno powinno być więcej akcji na samych Igrzyskach, mogę nawet śmiało powiedzieć, że powinno więcej scen ze zmaganiami trybutów. Skoro i tak przekształcenie się Coriolanusa zostało niejako pominięte. To czemu w tak łatwy sposób zawodnicy muszą ginąć. Zaznaczę też co było często powtarzane przez bohaterów – Lucy ma najmniejsze szanse na wygraną, a to właśnie ona zabija większość pozostałych uczestników. Ze zbyt dużą łatwością jej to przychodzi.

Po tych wszystkich wadach, które wypisałam można się zastanawiać, czy coś jeszcze mogło pójść nie tak. Niestety tak, było to zakończenie. Chociaż to raczej było rzeczą gustu, ponieważ stworzone i poprowadzone było całkiem dobrze. Na pewno nawiązywało do tego co się działo parę rozdziałów wcześniej. Jednak mi się po prostu nie podobał sposób poprowadzenia losów bohaterów. Druga główna bohaterka w pewnym momencie zostaje całkowicie odepchnięta, nie wiemy jak reaguje na decyzję chłopaka. Moim zdaniem idealnym dokończeniem tego wątku byłby jeden rozdział oczami Lucy. W ten sposób można by też podsumować niespodziewane przeistoczenie młodego Snowa, którego wydawałoby się tak dobrze znamy wraz z dziewczyną.

Trudno mi powiedzieć jaka jest ta książka. Na pewno nie jest dobra, ale zła też nie jest. Z pewnością ma wiele fabularnych posunięć, które mi się nie podobały. Myślę właśnie, że głównie o to chodzi, ponieważ to jak była napisana, nawet sama historia, jej składnia jest ciekawa. Jednak nie sprawia to tak dużej przyjemności jakiej oczekiwałam. Możliwe, że właśnie to wpłynęło na moje tempo czytania.

Początek: 5 gwiazdek

Fabuła: 3,75 gwiazdki

Koniec: 3,5 gwiazdki

 

Świat przedstawiony: 4,5 gwiazdki

Bohaterowie (wykreowanie):

główni: 3,75 gwiazdki

dalsi: 4,75 gwiazdki

Bohaterowie (przywiązanie):

główni: 3 gwiazdki

dalsi: 3 gwiazdki

 

Język: 5 gwiazdek

Sposób pisania: 3,5 gwiazdki

 

Końcowy wynik: 7,5 gwiazdki

06 września 2020

"Czerwone Zwoje Magii", wizualnie

          Od recenzji „Czerwonych Zwojów Magii” zdążyło pojawić się podsumowane wakacji, a nie napisał przecież jeszcze oceny wizualnej tej ciekawej książki.

          Z jednej strony jest to pozycja, którą ze względu na wygląd okładki, chciałabym mieć na swojej biblioteczce. Jednak z drugiej strony nie miałoby to sensu, ponieważ nie mam pozostałych. książek Cassandy Clare. Głównym powodem, dla którego ta pozycja przyciąga wzrok jest błyszcząca, odbijająca światło oprawa. Nie miałam w ręku jeszcze książki, która by się tak opalizowała.

Jednak mimo okładki z Alexandrem i tytułowymi Zwojami książka ma pewne mankamenty. Wcześniejsze tomy tej autorki
w Polsce były wydawane przez MAGa, ale z pewnych powodów stracili oni prawa do kolejnych części i We Need YA przejęło pracę nad kolejnymi książkami Cassandy Clare. Z tego powodu „Czerwone Zwoje Magii” są na przykład trochę niższe. Oprócz tego autor na boku jest w innym miejscu, co gdy książki stoją obok siebie razi.

Na szczęście wewnątrz prezentuje się już tak samo jak wszystkie inne. Części też są oddzielane trzema kropkami przed cytatem, czcionka jest taka sama. Zauważyłam tylko inny sposób pisania numerów stron. Są one brane w nawiasy klamrowe. Czego nawet nie widziałam w pozostałych książkach od tego wydawnictwa.

Tak jak , więc widzicie mimo ideale okładki, książka ma pewne minusy, które są spowodowane przejęciem praw przez inne wydawnictwo.

Przód okładki: 5 gwiazdek

Tył okładki: 5 gwiazdek


Dopasowanie tekstu: 5 gwiazdek

Ilustracje wewnątrz: brak

 

Całokształt: 3,75 gwiazdek

Suma: 4 gwiazdki

01 września 2020

Wakacyjny Wrap Up

Już mamy 01.09, wakacje dobiegły końca, więc pora skonfrontować moją listę czytelniczą z początku lipca.

         W te dwa miesiące miałam przeczytać 8 książek, a łącznie udało mi się 13
i zaczęłam jeszcze jedną. Jestem tylko ciekawa, czy wywiązałam się z TBR, bo z tym różnie bywa. Poniżej znajdziecie listę tytułów, które chciałam i może przeczytałam, z krótką opinią. Jeśli będziecie chcieli o niej wiedzieć więcej to kliknijcie w link, który przeniesie Was do pełnej recenzji.

„Ostatnia godzina” Anny Bartłomiejczyk i MartyGajewskiej – specyficzny debiut młodych autorek. Pomysł był dobry, sama książka raczej średnia, a zakończenie było dosyć trudne do zrozumienia.

„Król z bliznami” Leigh Bardugo – bardzo dobra książka, moim zdaniem, najlepsza z Uniwersum Grishy.

„Czarny Świt”, ostatnia część „Żniwiarza” Pauliny Hendel – niestety wilki finał, na który czekałam nie był tak niesamowity jak oczekiwałam. Mimo to książka jako osobny twór była dobra.

„Ręka na ścianie” Maureen Johnson – książka, która trzymała mnie w napięciu i nie pozwoliła iść spać, „połknęłam” ją w jedną noc. Bardzo dobre zakończenie świetnej trylogii. Właśnie zdałam sobie sprawę, że nie pisałam o niej turaj, ani chyba na facebook' u, więc ogłaszam tutaj, koniecznie czytajcie tę serię!

„Red, White & Royal Blue” Casey McQuiston – książka dobra, ale nie tak bardzo jak o niej wszyscy mówili.

„Król Lear” William Shakespeare – jego niestety jeszcze nie przeczytałam.

„Mistrz i Małgorzata”, Michaił Bułhakow – była bardzo mądra i rozwijająca książka. Kolejna lektura do listy tych ulubionych ;-). Mimo starodawnego języka czytało się ją dosyć łatwo. Największy problem miałam z rozdziałami o Piłacie.

„Cierpienie Młodego Wertera”, Johann Wolfganga von Goethe – to na pewno nie jest moja ulubiona lektura, bardzo nudna i męcząca. Ja rozumiem, że on cierpiał
i, że to romantyzm, ale ile można, im dalej tym było tylko gorzej.

„Przeklęte miasto”, Ellery Queen – niezbyt ciekawy kryminał, nie będę do niego wracać, szczególnie, że zostawiłam go w Olsztynie :-)).

„Księga Kłamstw”, Teri Terry – autorka miała naprawdę dobry pomysł, ale wykonanie nie było najlepsze, czegoś brakowało tej książce.

„Współlokatorzy”, Beth O’ Leary – zdecydowanie książka tej wakacji. Było w niej wszystko czego na tamten czas potrzebowałam, lekki niezobowiązujący romans młodzieżowy.

„Gdyby ocean nosił twoje imię”, Tahereh Mafi – powiem, że trudno mi w skrócie powiedzieć co z tą książką, uwierzcie mi najlepiej będzie jak sięgniecie po pełną recenzję.

„Czerwony śnieg”, Ian R. McLeod – dosyć słaby horror, który był zbiorem opowiadań pewnego „potwora”.

„Czerwone Zwoje Magii”, Cassandra Clare i WesleyChu – książka w starym dobrym stylu autorki całego Uniwersum grubaśnych tomiszczy :-)).

Oprócz tego zaczęłam serię „Igrzyska Śmierci”, Suzanne Collins.

         A jak to wyglądało u Was? Jeśli robiliście listy, to wywiązaliście się z nich? Udało Wam się przeczytać więcej książek niż myśleliście, że będziecie mieć czasu?

30 sierpnia 2020

"Czerwone Zwoje Magii", Cassandra Clare i Wesley Chu

Nie wiem, czy pamiętacie moje recenzje poświęcone książkom o Nocnych Łowcach Cassandry Clare. Wtedy myślałam, że już więcej nie wrócę do tego świata. Nie sądziłam, że można się tak bardzo pomylić. Tak jak możecie się domyślić po tych paru zdaniach jednak zdecydowałam się pożyczyć kolejną książkę z biblioteki. Teraz jestem niemal pewna, że na tej nie skończę swojej przygody. Między innymi dlatego, że „Czerwone Zwoje Magii” to dopiero pierwszy tom nowej trylogii, ale też dlatego, że jest po prostu jeszcze jedna książka, która mnie interesuje.

Tytuł i autor: „Czerwone Zwoje Magii”, Cassandra Clare i Wesley Chu

Gatunek: fantastyka

Ilość stron: 466

Data: 16 - 28.08 2020 r.

ISBN 978-83-66517-90-5

Wydawnictwo: We need YA

Moja ocena: 9 gwiazdek.

Głównym powodem, dla którego sięgnęłam po nową serię Cassandry Clare
i Wesleya Chu są jej główni bohaterowie, czyli Alec Lightwood i Magnus Bane
z „Darów Anioła”. Nie mogłam przegapić historii tym razem w pełni poświęconej moim ulubionym bohaterom.

Cała książka to podróż po Europie Najwyższego Czarownika Nowego Jorku z Nocnym Łowcą. Oczywiście jak to przystało na książki tej autorki nie może ona pozwolić swoim bohaterom na zasłużony odpoczynek ;-), to Uniwersum charakteryzuję się akcją, tak też było w tym wypadku. Tym razem Magnus i Alec muszą stanąć do walki ze sławiącym demona kulcie zwanym Szkarłatną Ręką. Został on założony lata temu przez Czarodzieja dla żartu, teraz pod nowym przywództwem dąży do wywołania chaosu na całym świecie. Główni bohaterowi będą musieli wyruszyć w pogoń po Europie, aby wyśledzić Szkarłatną Rękę i ich nieuchwytnego nowego przywódcę, zanim zgrupowanie spowoduje więcej szkód.

Ci, którzy mają większe obycie w tym świecie pewnie będą zastanawiać kiedy powinno się przeczytać ten tom. Zaleca się go czytać zaraz po „Darach Anioła”. Ale mogę Was uspokoić to kiedy sięgniecie po „Czerwone Zwoje Magii” w ogóle nie wpłynie na dobrą zabawę. Wiadomo pojawiają się dobrze znani bohaterowie z pozostałych książek i jakieś drobne informacje, ale nie są to znaczne podpowiedzi.

Powinnam w końcu przejść do rzeczy, ale miałam Wam tyle do przekazania, że rozpisałam się prawię na całą stronę.

Od razu powiem, że jest to książka Cassandry w starym dobrym stylu. Wszystko jest wyważone w odpowiedni sposób. Tak jak wcześniej wspomniałam pojawia się tu akcja, ale czyta się to przyjemnie, ponieważ następują też przerwy na żarty
i szykowne stroje Magnusa oraz miłość i niepewność Aleca do Czarodzieja. Nie powiem miejscami trochę mnie denerwowała t
a ciągła wątpliwość chłopaka, ale
z czasem zauważyłam też urocze strony tego uczucia. 

         Trudno mi coś więcej napisać, ponieważ dobrze znam sposobów pisania
i język autorki, wiem, że zazwyczaj go lubię. Tym razem był na plus, nie było rozwlekłych dramatów jak w „Mrocznych Intrygach”, nudnej historii tak jak w „Opowieściach zAkademii Nocnych Łowców”, ani czasem, mimo pięknych, to za długich opisów uniesień. Było po prostu wszystkiego akurat.

         Znalazłam tylko jeden minus tej książki – dosyć przewidywalna historia jednej z nowych bohaterek. Nie odbierałabym tego jako coś dużego, tylko jako małe potknięcie, gdyby nie fakt, że przez to zakończenie staję się trochę rozczarowujące. Mam nadzieję, że w kolejnej części będzie lepiej, bo mimo ostatniego rozdziału epilog zachęca do przeczytania kolejnej części, ponieważ już
w nim pojawia się zwrot akcji.

Początek: 5 gwiazdek

Fabuła: 4,75 gwiazdki

Koniec: 3,75 gwiazdki


Świat przedstawiony: 5 gwiazdek

Bohaterowie (wykreowanie):

główni: 5 gwiazdek

dalsi: 3,75 gwiazdki

Bohaterowie (przywiązanie):

główni: 5 gwiazdek

dalsi: 3,5 gwiazdki

 

Język: 5 gwiazdek

Sposób pisania: 5 gwiazdek

 

Końcowy wynik: 9 gwiazdek

25 sierpnia 2020

"Uniwersum Griszy", wizualnie


         Dzisiejszy wpis pojawia się z małym opóźnieniem, ponieważ kupowałam nowy regał i wszystkie książki stały w wielkim stosie. Przez co zgubiłam „Uniwersum Griszy” Leigh Bardugo :-|, a nie chciałam robić jeszcze większego bałaganu.

Jest też jedna rzecz, o której zapomniałam wspomnieć w recenzji. Chodzi mi o tłumaczenie, szczerze nie wiem jak bardzo jest ono błędne, moim zdaniem nie wpływa ono na odbiór książki. Jednak jest jedno imię bohatera, które w nowej wersji MAGa było tłumaczone jako Zmrocz, sama zazwyczaj używam starej wersji jaką jest Mroczny. Brzmi ona bardziej adekwatna do charakteru i zachowania mężczyzny.


"Trylogia Griszy"

A teraz do sedna, znowu będę oceniać tomy w takiej kolejności w jakiej powinno się je czytać, dlatego zacznę od „Trylogii Griszy”. Wszystkie książki, co do jednej z tego świata są pięknie wydane. Trzy pierwsze nie odbiegają od tej reguły. Pierwsze co się rzuca w oczy to ciekawe kolorowe sylwetki zwierząt, które nawiązują do treści trylogii. Współgrają one idealnie z grzbietami, które mają swoją jedną wadę – dosyć łatwo się zdzierają. Mi na szczęście zniszczył się tylko trochę grzbiet drugiej części. Zaznaczę tu, że nie robiłam niczego nadzwyczajnego akurat z tą częścią. Nie, tak jak dwie pozostałe nosiłam ją w plecaku szkolnym. 

zniszczony grzbiet
Oprócz tego „Trylogia Griszy”, tak jak większość pozycji z uniwersum, mają mapy, dzięki którym możemy dokładnie poznać miejsce akcji. Z innych ciekawych dodatków, na końcu każdego z trzech tomów, ale tylko w tym konkretnym wydaniu, jest mały bonus, jakim jest, np. list Mala – jednego z głównych bohaterów.


"Język cierni"

         Tak jak obiecałam pisząc recenzję o „Języku cierni” w ocenie wizualnej napiszę trochę więcej. Okładka opowiadań jest z innego tworzywa, nie wiem za bardzo z jakiego, ale niestety trochę mniej trwałego. Łatwo nie chcący zrobić w nim dziurę, nawet paznokciem. Jest to minusem tej książki, ale wnętrze wynagradza wszystko. Ma ona na marginesach piękne ilustracje utrzymane w czerwonej i turkusowej kolorystyce, co ciekawe tekst też ma inną barwę. 

ilustracje

Nie jest tak jak zawsze czarny, ale dopasowany do przewodniego kolory historii. Może się wydawać, że rzez to gorzej się czyta, jednak tak nie jest. Ten czerwony/ turkusowy jest dosyć ciemny i na pierwszy rzut oka nie widać tego.

Dylogia


        
Dylogia ma okładki utrzymane w różnych tonach. Jedna jest bardziej zimna, a druga ciepła. Mimo to nie umniejsza to ich piękna. Oczywiście one też mają nawiązywać do treści. W końcu na obu widnieje wrona, ale w jej skrzydłach można też dopatrzeć się budynków miasta, co nadaje klimat. Ten sam motyw pojawia się też na początku każdego rozdziału – miasto jest tłem dla imienia bohatera, któremu poświęcony jest ten fragment. Jest też coś za co z jednej strony chcę pochwalić wydawnictwo, a z drugiej, bardziej zła na jakieś niedopatrzenie nie byłam. 

brzegi


Książki mają barwione brzegi, pierwotnie powinny być czarne i czerwone, ale gdy nakład się skończył druga część też została dodrukowana z czarnymi, niestety ja mam tę wersję. Nie mówię, że wygląda to źle, ale trochę mnie to smuci.

"Król z bliznami"


Jeśli jesteście prawdziwymi srokami i lubicie wszystko co się świeci, to szczególnie powinna się Wam spodobać książka poświęconą Nikołajowi. Nie dość, że jest o moim ulubionym bohaterze, to jeszcze ma najpiękniejszą okładkę, idealne połączenie💕. Nie sądziłam, że ktoś się kiedyś pokusi na całą złotą oprawę, a jednak. Taki właśnie jest „Król z bliznami” Leigh Bardugo. Co więcej ma on piękne wielkie godło Lancowów i wzniosłe budynki stolicy. Każdy bohater, który ma poświęcony rozdział swój rozdział ma pewien symbol, który właśnie pojawia się u góry początkowego fragmentu.

Do czcionek odniosę się ogólnie, ponieważ, na szczęście, wszędzie są takie same i to najwygodniejsze ze wszystkich. Jest tylko jedna rzecz, która mnie zastanawia i śmieszy, czyli sposób pisania „st” i „ct”. Są one w ciekawy sposób połączone taką pętelką u góry. Co dziwniejsze reszta książek MAGa nie ma takich pętelek.

Nic więcej nie mam do dodania. „Uniwersum Giszy”, póki co, jest bardzo ładnie, i mimo tylu barw, spójnie wydane. Ma parę niedociągnięć, na które wydawnictwo powinno zwrócić uwagę, ale tak się czasem zdarza.

16 sierpnia 2020

"Uniwersum Griszy", Leigh Bardugo

Wczoraj skończyłam ostatnią napisaną książkę z uniwersum Griszy Leigh Bardugo, „Króla z bliznami”. Dlatego, tak jak obiecałam w TBR, postaram się zrecenzować ten świat. Nie będzie to na pewno podobne do tego co wcześniej pisałam. Nie wiem jak opowiem Wam o 7 książkach powiązanych każda ze sobą nie zdradzając za bardzo fabuły. Mam jednak nadzieję, że podołam zadaniu i będzie chodź trochę wiedzieli o co chodzi.


Myślę, że powinnam najpierw przedstawić dotychczasowe tytuły i kolejność w jakiej najlepiej je czytać. Potem postaram się pokrótce opowiedzieć o czym są.

1)    „Trylogia Griszy” (Cień i Kość, Oblężenie i Nawałnica, Zniszczenie i Odnowa – wg. tłumaczenia MAGa)

2)    „Język cierni” – dodatek z historiami ze świata Griszów

3)    „Dylogia” (Szóstka Wron i Królestwo Kanciarzy)

4)    „Król z bliznami”

Trylogia opowiadana o osieroconej żołnierce Alinie Starkov, która musi wyruszyć do Fałdy Cienia – połaci nienaturalnego mroku, w której roi się od potworów. Kiedy jej pułk zostaje zaatakowany dziewczyna wyzwala w sobie uśpioną dotąd magiczną moc. Dowiaduje się o tym Mroczny, główny dowodzący armią i zabieraj ją do stolicy, żeby rozpoczęła rozpoczyna szkolenie wśród griszów, wojskowej elity swojego kraju. Dowódca uważa, że Alina potrafi przywołać moc zdolną zniszczyć Fałdę Cienia i zjednoczyć rozdarty wojną kraj – w tym celu musi jednak zrozumieć i opanować swój nieokiełznany dar. Tak zaczyna się cała historia, która z każdym rozdziałem robi się coraz trudniejsza do opowiedzenia bez spojlerów. Dlatego skupię się na minusach/ plusach bez dużego tłumaczenia dlaczego tak uważam.

Ogólnie jest to raczej słaba seria, której potencjał zdecydowanie został zmarnowany i będę głównie marudzić, szczególnie na temat Aliny. Najpierw jednak poznęcam się trochę nad fabułą, która moim zdaniem nie potrzebnie została rozbudowana na trzy tomy. Całość była przez to nudna i bardzo się ciągnęła. Było zdecydowanie za mało akcji, a za dużo paplania.

O świecie za dużo nie będę pisać, bo będę się nad nim bardziej zachwycać przy Dylogii. Ogólnie pisząc, całe Uniwersum jest genialnie stworzone. Cały świat, owszem był budowany na podstawie Rosji, jednak jest bardziej magiczny :-)). Bardugo pokusiła się nawet o stworzenie nowego języka, który raz na jakiś czas przebija się w mowie bohaterów.

Jeśli jesteśmy już przy bohaterach, to z nimi było gorzej. Praktycznie nikogo nie polubiłam i co najgorsze główni bohaterowie mnie wkurzali.

Alina przez całą książkę tylko marudziła jaka to ona nie jest biedna i co ona ma począć. Przez większość Trylogii to inni podejmowali za nią decyzje mimo, że przecież była taka wielka i cudowna. Mal był nudny i nie wiedział co ze sobą począć. Przez większość czasu był zazdrosny o Alinę. A jeśli akurat o tym nie myślał to był przekonany, że musi zginąć W Imię Wyższego Celu, jakim było Bycie Wartym Aliny. Na szczęcie Trylogia została chodź trochę uratowana dzięki drugoplanowym postaciom takim jak Genya i David, Tamar i Tolya, Tamar i Nadia, Zoya i Bagra. No i oczywiście był też Mroczny, który nie był może tak cudowny jak wszyscy mówią, ale był intrygujący i wprowadzał nas w ten mroczny ;-) i tajemniczy nastrój. ALE jest też Nikołaj, którego po prostu uwielbiam. Jest tak gennialny, zabawny i czarujący no po prostu ideał.

         Przechodząc już do końca, bo jedyne co bym mogła jeszcze omówić to polityka i sprawy militarne…, których było zdecydowanie za dużo, przez co wszystko się tak dłużyło. Jeny bardziej przewidywalnego zakończenia dawno nie czytałam. Byłam prowadzona przez całe trzy tomy jako takiej akcji i szkoleń sierotki Aliny do czegoś takiego. Nuda, tyle mogę napisać.  

         O „Języku cierni” nie ma co tu pisać. Zdecydowania więcej pojawi się o nim w ocenie wizualnej. Jest to, tak jak pisałam wyżej, po prostu zbiór opowiadań, które są opowiadane małym dzieciom w świecie Griszy. Tyle, po prostu ciekawy dodatek, owszem ładnie napisany.

         Teraz przejdę do najtrudniejszej dla mnie części – Dylogii, nawet nie wiem za co się zabrać. Będę szczera, mało pamiętam, wiem, że nie zachwyciła mnie tak jak moją przyjaciółkę. Chociaż jak teraz tak siadłam przed recenzją to jestem wstanie powiedzieć więcej pozytywów niż jak byłam świeżo po lekturze, ale do rzeczy.

Akcja „Szóstki Wron rozgrywa się dokładnie w Ketterdamie i opowiada o piątce wyrzutków, których zebrał Kaz Brekker. Dostał on zlecenie od Van Ecka, żeby włamać się do najlepiej strzeżonego więzienia – Lodowego Dworu. Znaleźć tam pewnego więźnia, uwolnić go i bezpiecznie przetransportować do miejsca, w którym wymienią go na taką ilość gotówki, która po podziale pozwoli każdemu z szóstki włamywaczy rozpocząć nowe życie, spłacić zaciągnięte długi, spełnić marzenia czy… dokonać upragnionej zemsty.

Każde z sześciu bohaterów (Kaz, Inej, Nina, Matthias, Jesper, Wylan) ma własną historię i bagaż doświadczeń, który musi dźwigać, co najważniejsze jednak ich umiejętności uzupełniają się, dzięki czemu istnieje niewielka szansa, że uda im się przeżyć tę niemal samobójczą misję.

         Myślę, że powinnam zacząć od czegoś co mi przeszkadza najbardziej. Ilość bohaterów, powiem szczerze im więcej głównych bohaterów tym gorzej mi się czyta. Mam większy problem z zapętaniem każdego z nich. Tutaj autorka z jednej strony ułatwiła mi zadanie, z drugiej jednak akcja wydawała mi się trochę pocięta. Każdy z bohaterów ma parę rozdziałów napisanych z własnej perspektywy. Jasne fajnie, przynajmniej nie mieszają się nam w fabule. Powiem tylko, że Bardugo zdziwiła mnie swoją umiejętnością kreowania postaci, każdemu z nich została poświęcona właściwie taka sama ilość uwagi. Dodatkowo każdy ma nie powtarzalny charakter i, jakby to powiedziała moja przyjaciółka, dramatyczne backstory.  To co jest dla mnie szokujące i niewidoczne w zachowaniu wyrzutków, to ich wiek. Są oni bowiem w moim wieku, może nie wiele starsi, a jednak zachowują się jak przynajmniej 30-latkowie z niewiadomo jakim doświadczeniem życiowym. Chyba, że jest to wina brutalnego miasta, w którym się wychowali.

         Obiecałam, że wrócę do świta, więc opiszę najpierw trochę magię, która się w nim pojawia. Nie ma jej tak wiele, bo tylko Griszowie nią władają, a są oni też podzieleni na grupy ze względu na swoją moc. Posiadają ograniczenia i są śmiertelni. Jeśli chodzi o opisy uliczek, wnętrz domów, można do tego dorzucić też relacje, to rodzi nam się druga Cassandra Clare. Chociaż jej się nie da przebić w tym fachu. Szczerze powiem, że to było to nad czym się rozpływałam czytając Dulogię. Oczywiście nie ma tego wiele, bo przede wszystkim jest to książka akcji, a skoro jesteśmy przy akcji to się na chwilę zatrzymam.

         Akcja, moim zdaniem zmora pierwszego tomu. Przez ¾ książki Kaz zbiera i namawia ludzi, owszem dzieje się trochę więcej przy Matthiasie, ale to jeszcze nie jest to. Po prostu przez większość książki poznajemy bohaterów, a akcję dostajemy na sam koniec.

         Druga część, „Królestwo Kanciarzy”, dzieje się tuż po ucieczce i uwolnieniu więźnia z Lodowego Pałacu. Ten wyczyn miał przynieść im sławę i pieniądze tak potrzebne do celów, które skłoniły ich do udziału w  misji. Niestety nie wszystko poszło tak, jak zaplanował  Kaz. Wrony zostają bez nagrody i porwano jedną z nich. Pozostali mają tydzień na uwolnienie zakładniczki lub wymianę jej na uwolnionego z Pałacu więźnia, w przeciwnym wypadku odzyskają przyjaciółkę okaleczoną.

Tym razem bohaterowie muszą walczyć w znajomych im zaułkach Ketterdamu. Okazuje się jednak, że nabawili się przez tę misję nie jednego wroga, dlatego ich rodzinne miasto staje się jeszcze bardziej niebezpieczne.  

W „Królestwie Kanciarzy” poznajemy lepiej pobudki Wron, dowiadujemy się co nimi kierowało decydując się na praktycznie samobójczą misję. Mimo, można powiedzieć spokojnej fabuły, w drugim tomie jest o wiele akcji, na którą tak liczyłam w pierwszym.

We wszystkich książkach z Uniwersum Griszy pojawia się chodź mały wątek miłosny, tutaj jest go więcej, bo mamy też więcej bohaterów. Jednak jest o wiele przyjemniejszy niż w Trylogii, nie jest tak nachalny. W pierwszej części wszystko dopiero się rozkręca i jeszcze nie wiemy, czy któryś bohater odważy się być ze sobą, ale w drugiej części mamy fajerwerki szczególnie jeśli chodzi o dwójkę bohaterów ;-). Jest też wątek Kaza, który moim zdaniem jest w mistrzowski sposób rozwiązany, bo mimo wszystko nie dostajemy to na co liczymy, a jednak wiemy, że to co zrobiła Bardugo tak idealnie pasuje do tego chłopaka.

         W sumie nie wiem co tu więcej pisać, druga część moim zdaniem „Królestwo Kanciarzy” jest znacznie lepsze. Więcej się dzieje, lepiej poznajemy bohaterów, jest parę ładnych opisów, co dla mnie jest ogromnym plusem. Chciałabym wam coś jeszcze napisać, ale to będzie perfidny spoiler. Mogę tylko powiedzieć - przygotujcie chusteczki.

Niestety fabuły „Króla z Bkiznami” nie mogę w ogóle poruszyć, ponieważ nawiązuje on do końcówki Trylogii i Dylogii.

O dziwo jest to, moim zdaniem, najlepsza książka i z niecierpliwością będę wyczekiwać drugiej części. Na pewno to co powoduje moją przychylność ku tej książce, to znani mi już bohaterowie, którzy są już tylko rozbudowywani. Nie pojawia się ich tak wielu i jest tylko parę nowych osób, które mają idealną ilość stron im poświęconą. Wszystkich jakoś poznajemy, niektórych lepiej innych gorzej, ale ja więcej nie potrzebuję. No i co najważniejsze mamy Nikołaja, którego tak kocham, a co najlepsze jest jednym z głównych bohaterów. Jak zawsze był tak samo zabawny i czarujący. Pojawia się też Nina, której wątek zostaje świetnie rozwinięty, dziewczyna w pewnym sensie dostaje nową moc. Oczywiście jak to przystało na Bardugo mamy akcje i planowanie w pewnym stopniu niebezpiecznych zagrywek. Tak naprawdę jest wszystko czego potrzeba, akcja, humor, trochę miłości, fantastyka, znani nam i dobrze rozbudowani bohaterowie. Niczego więcej nie potrzeba.

Okej mam nadzieję, że nie tylko mi wydaję się to czytelne i Wy też coś z tego wyniesiecie. Liczę też, że was nie zanudziłam w połowie. Nie spodziewałam się, że zajmie to aż tyle stron, mam nadzieję, że można dodawać tak długie posty. Jeśli ktoś z Was dobrnął do końca, to jestem ciekawa waszej odpowiedzi. Wolicie mniejsze serie, jednotonówki, czy całe uniwersa? Ja mimo, że zdarza mi się sięgnąć po uniwersum, za co swoją droga zawsze pluje sobie w brodę :-)), to wolę chyba trylogie, albo pojedyncze. Zawsze podziwiam autora, który dał radę napisać wszystko idealnie w ~400 stronach. Dobra, wystarczy, zdecydowanie za bardzo się dzisiaj rozpisałam.